8 czerwca 2020

O tym, jak Anna nie umie szyć lalek...

Miło, że wpadłeś, ale ostrzegam, to będzie dość długi wpis, a historia jest o tym, jak miał być hit, a wyszedł kit... 😉  Jeśli nie chce Ci się czytać, to obejrzyj chociaż zdjęcia i sam oceń moje niewydarzone dzieło


Lalki waldorfskie wypatrzyłam gdzieś w internecie i się zakochałam (jeśli je znasz, to możesz pominąć ten akapit). Nazwa lalki wzięła się od szkoły stworzonej przez niemieckiego pedagoga. Uważał on, że zabawki powinny pomagać dzieciom rozwijać wyobraźnię, dlatego tradycyjne lalki mają delikatne rysy twarzy, lekko zaznaczone usta i oczy - mają przypominać buzię dziecka. Z założenia, lalki powinny być wykonywane tylko z naturalnych materiałów.


Aktualnie twórcy nie ograniczają się już do koncepcji szkoły waldorfskiej, znacznie odbiegając od tradycyjnych metod wykonania, tworzą wyjątkowe dzieła sztuki. Dziś są to już prawdziwie artystyczne lalki szmaciane, potocznie tylko nazywane "lalkami waldorfskimi".

Taką właśnie lalkę zapragnęłam uszyć 💛




Zrobiłam szerokie i długotrwałe rozpoznanie i zabrałam się do przygotowań.

Na początek konieczne jest zgromadzenie całego "zestawu startowego". Okazuje się, że aby wykonać lalkę od zera potrzebuję:
- runo owcze do wypełnienia głowy i ciała;
- gazę elastyczną;
- trykot bawełniany;
- specjalne, mocne nici do uformowania twarzy;
- igłę do filcowania (którą złamałam przy pierwszym wbiciu);
- nawet specjalną kredkę do kolorowania policzków...

Tylko włosy kupiłam syntetyczne, bo bałam się, że nie dam rady zrobić ich z włóczki...

Krok drugi to wykrój. Wybór darmowych wykrojów jest dość ubogi, jeśli chodzi o ich jakość. Niezbyt dokładne, niekompletne... Musiałam więc narysować go sama, a to już wyższa matematyka, bo wszystkie proporcje muszą się zgadzać, wymierzone co do centymetra 😜

Mając już "wiedzę" i materiały mogłam zabierać się do szycia. Wbrew pozorom, nie jest to tak trudne, ale okazuje się, że kilka drobnych szczegółów zadecydowało o efekcie końcowym. Finalnie moja, mająca być sztosem lalka, jest tandetną podróbką prawdziwego kunsztu rękodzielniczego. Pokraczna, bez charakteru, uroku ani wyjątkowości. Karykatura. Katastrofa.

Poczynając od dziwnej twarzy, monstrualnych ramion, łysawej głowy (ratowanej kiepskim czepkiem), aż do niekształtnych nóg i na niedopasowanej sukience kończąc. Poległam na całej linii.

Na pierwszy rzut oka wygląda nieźle, ale mimo to, nie jest to lalka jakiej oczekiwałam i nie jestem z niej dumna...




Lalka siedzi na mojej półce od lutego... Ciągle waham się, co z nią zrobić. Miałam już na myśli pewne poprawki, ale nie wiem, czy warto inwestować czas dla wątpliwych efektów.

Zostało mi dużo materiałów, mogłabym spróbować na nowo, ale póki co, nie mam odwagi zmierzyć się z kolejną porażką 😉

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza