30 września 2019

Szyciowy level up

Moja szyciowa droga jest dość kręta i wyboista. Przeszłam wiele etapów i popełniłam wiele błędów, zanim znalazłam się w miejscu, w jakim jestem teraz. Nie opanowałam jeszcze sztuki szycia na tyle, aby móc nazywać się profesjonalistą. Śmiem jednak nazwać się "twórczym" perfekcjonistą, bo nie zadowalają mnie byle jakie efekty mojej pracy. Dziś zapraszam na wpis o tym, jak weszłam na wyższy poziom wtajemniczenia... 😂
Kto jest ze mną od początku, może pamięta, jak uczyłam się szyć na maleńkiej maszynie "dla dzieci" (link do wpisu). Mozolnie stawiałam chwiejne kroczki między kolejnymi szpulkami nici i ścinkami materiałów. Apetyt rósł, a wraz z nim chęć posiadania sprzętu na miarę moich (większych) umiejętności. Tym samym zawitała u mnie Janome 920. I tak sobie szyję już piąty rok, choć moja praktyka nie jest wystarczająca, bym miała odwagę wypuścić moje "produkty" na szerokie wody handlu i usług 😁 Choć kilka rzeczy dopracowałam na tyle, by dać im gwarancję jakości A  (jak Anna), to wciąż dążę do kolejnego stopnia zaawansowania. Tym stopniem jest dla mnie szycie z owerlokiem.

Tutaj powinnam przejść do obszernego opisu, jak przymierzałam się do zakupu owerloka. Rozpoznanie rynku, wady, zalety, opinie użytkowników, na co zwrócić uwagę. Wydaje mi się jednak, że takich wpisów jest już w sieci wiele. Nie będę więc zanudzać Was technicznym bełkotem, tylko przejdę do sedna. A więc, jak mi się właściwie szyje (żyje) z owerlokiem?

Owerlok miał mi służyć głównie do szycia ubrań. Oczywiście można szyć odzież na zwykłej maszynie - robiłam tak do niedawna i nie widzę problemu. Ale jeśli można coś robić ładniej, szybciej i przyjemniej, to...


Model, na którego zakup się zdecydowałam, to Brother 2104D. Moim zdaniem wypada całkiem nieźle, jeśli chodzi o stosunek jakości do ceny. Wahałam się między popularnym owerlokiem Janome, który jest mocniejszą maszyną, ale na korzyść Brothera przemówiło wolne ramię. Czy dokonałam dobrego wyboru? To się okaże... 😉


Od razu uszyłam pierwszą sukienkę dla Tosi w całości na owerloku. Wyszła hm... jakby to powiedział popularny youtuber motoryzacyjny: "Bardzo dobrze, ale źle" 😀




Gdybym miała wymienić co poszło źle, albo co mogło wyjść lepiej, to pewnie napisałabym osobny wpis. Minusy nie przysłoniły jednak plusów, czyli estetycznie wykończonego produktu od lewej strony. Użyłam nawet ściegu mereżkowego do obrzucenia krawędzi rękawów i dołu sukienki. Ostatecznie Tosia i tak nigdy sukienki nie założyła.

W ramach treningu szybko popełniłam kolejną. Tym razem efekt był bardziej zadowalający. 


Ale, nie ma co osiadać na laurach. W miarę możliwości ćwiczę dalej. Kiedy tylko udaje mi się usiąść do szycia, podkładam pod owerloka co się da. Bądźcie więc czujni, bo nie znacie dnia, kiedy zacznę na nowo regularnie publikować nowe uszytki!

Wpis wyszedł długi, ale już naprawdę kończąc, kilka moich subiektywnych uwag odnośnie pracy z owerlokiem:

1.  nie ma się co bać nawlekania - mój Brother przyjechał nawleczony i wystarczyło dowiązać nici z własnych szpulek i heja ! Niestety musiałam po drodze coś poplątać i skończyło się na tym, że nawlekałam maszynę od zera... O dziwo udało się za pierwszym razem, bez płaczu i zgrzytania zębami 😜


2.  szycie po łuku i wszelkie zaokrąglenia - nie są takie łatwe jak mi się wydawało. Nad tą kwestią muszę jeszcze popracować....

3.  zakańczanie szwu - w owerlokach nie ma opcji szycia wstecz (ryglowania) jak w zwykłej maszynie. Radzę więc sobie zawiązując supełek na końcu, ale nie jest to rozwiązanie, które współgra z moim poczuciem estetyki 😁

4. dłuższa stopka niż w zwykłej maszynie i umiejscowienie noża, które jeszcze mocno dezorientują mnie przy umieszczaniu materiału w pożądanym miejscu przed rozpoczęciem szycia.

Tak więc, jeśli ktoś z Was szyje na owerloku i ma dla mnie jakieś dobre rady, to piszcie. Za wszystkie odwdzięczę się uśmiechem 😇

Uf... Koniec 😀

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz