5 listopada 2015

Wielki, mały człowiek

Ten wpis, to takie pomieszanie z poplątaniem. Będzie o krokach na przód. O przeszłości i przyszłości. Będzie o prezentach, które daję innym, ale też sobie ;) Gdzieś tam w międzyczasie będzie też o szyciu. Postaram się żeby to wszystko razem miało jakiś sens, choć to trudne zadanie. Z jednej strony chciałabym napisać bardzo dużo, ale z drugiej nie chcę Was zanudzić. Nieźle już zamotałam, co? Dobra, to może skończę ten niezgrabny wstęp i jak masz chęć przez ten tekst przebrnąć, to zapraszam!
W minioną sobotę odbyła się skromna uroczystość - pierwsze urodziny mojej córki. Samo przyjęcie nie było huczne, ale to co działo się w mojej głowie i sercu to dopiero hardcore! Przeżywałam ten dzień, jakby Tośka miała się dopiero urodzić ;) Pierwsze urodziny, to niby nie jest jakiś przełom. 52 tygodnie, 365 dni... Przecież to wcale nie jest dużo. Co się może zmienić w ciągu roku? Otóż stając się rodzicem po raz pierwszy, zaledwie w ciągu roku, zmienia się wszystko. Jak pomyślę, ile przez ten czas się wydarzyło, to... Wow! 


Najpierw nieporadny noworodek, cały dzień uwieszony na maminej piersi. Z miesiąca na miesiąc zdobywa kolejne umiejętności, które dla nas dorosłych są tak oczywiste, jak oddychanie. Podnosi główkę, przekręca się na boczek, pełza, próbuje raczkować. Pamiętam jak Tosia pierwszy raz sama usiadła. Nie zdążyliśmy się tym nacieszyć, a ona już stawała przy meblach. Codziennie bolą ręce od oklasków radości. Dzisiaj mój roczniak samodzielnie chodzi, bije brawo, robi "pa pa". Nie dorobiła się tylko żadnego zęba, ale może to lepiej, bo daje "buziaki", które z zębami nie byłyby już takie słodkie ;) Pewnie lada dzień doczekamy się pierwszego słowa. Trzymam kciuki za "mama" (ale raczej będzie "tata"). To wszystko, to niby niewiele, ale dla takiego małego człowieka, to ogromny krok do przodu. Jestem taka dumna, że nie umiem tego wyrazić. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, że jeszcze całkiem niedawno, w ogóle nie było jej na świecie!

Chcąc, żeby Antonina, w wyjątkowym dla siebie dniu, wyglądała jak księżniczka, specjalnie na tę okazję uszyłam jej tiulową spódniczkę (miało być o szyciu, więc jest).
Najpopularniejszym sposobem na zrobienie tzw. tutu, to zaplatanie na gumce pasków z tiulu. Oczywiście zamiast pójść na łatwiznę, postanowiłam uszyć spódniczkę na maszynie. Korzystając z tego tutorialu, powstało takie oto cudo:


Wszystkie punkty odhaczone, więc na koniec - prezenty :D Kto czytał ten wpis, ten wie czym chcę się pochwalić. Mogłam nareszcie skończyć fotoksiążkę z pierwszego roku małej jubilatki. W poniedziałek wysłałam zamówienie do wydruku, a już dzisiaj kurier dostarczył 3 świeżutkie egzemplarze. Najlepszy prezent - dla mnie, ale też dla dziadków Tosi ;) Chciałam Wam tutaj pokazać co nieco, ale z dwóch powodów tego nie zrobię... Po pierwsze nie chcę psuć niespodzianki dziadkom Uli, Ali, Tadkowi, Januszowi i całej reszcie rodziny :D a po drugie, nie mogę z przyczyn technicznych - aparat jest w serwisie...

Tym mało optymistycznym akcentem kończę swoje sentymentalne wywody ;)
PODPIS 
P.S. ...a może następnym razem opiszę, co się u mnie zmieniło przez rok bycia rodzicem?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz